Relacja z wyprawy Steffka i Leszka po USA – 2010

ETAP IV – 29.05.2010: Laguna Beach – Mexicali – Yuma

PER 846km / 382km+ 20km = 402km / 1248km

Meksyk…………… z tym Meksykiem

Następnego dnia odżyła dyskusja, co robimy z wjazdem do Meksyku, z motocyklami, dla których jest kompletny zakaz wjazdu z firmy wypożyczającej (podpisane papiery). Drugą kwestią było miejsce ewentualnego przekroczenia granicy. Stefan wymyślił po obserwacjach układu komunikacyjnego na Google Earth odcinka San Diego – Tijuana oraz po informacjach od różnych znajomych, że najlepszą decyzją będzie ominięcie San Diego (z założenia duże miasto) i przekroczenie granicy w jednej z malutkich mieścin wzdłuż słynnej granicy.

Owszem podjechaliśmy do malutkiej mieściny Jacumba, Kalifornia 91934, Stany Zjednoczone B=0-117°48’36.94” L=32°37’03.23”, , licząc na tzw ruch przygraniczny np. z tzw „mrówkami” przewożącymi partie marychy, ale nic z tego. Bar, puste drogi szutrowe, czterech gości w kapeluszach i nic więcej. A więc kicha i jedziemy w stronę Yumy. Po drodze doświadczyliśmy, często przedstawiane w różnych programach TV o Stanach obrazek typu wielkie kasyno z knajpami i imprezami towarzyszącymi w ich pobliżu (muzyka country z kapelą na przyczepie), czyli „powiatowe” rodeo dla miejscowych.

Leszek ujeżdżał jakąś szkapę, ale „kowbojskiego” kapelusza na głowę od tubylca już nie otrzymał. Kasyno w pustyni to jedno, a stacje benzynowe to drugie, a tam późne śniadanie w towarzystwie młodego małżeństwa, które podróżuje urlopowo wielką ciężarówką tzn. przy tzw okazji transportu firmowego na drugi koniec USA zabrał swoją rodzinkę w podróż po zachodnich stanach. Ciekawe wakacje dla malutkiego dziecka? Zapewne za dużo możliwości nie mieli. Teraz też wiemy, dlaczego Amerykanie tyle razy w życiu zmieniają miejsce zamieszkania :) .
El Centro to miasto po stronie USA, które przelecieliśmy…. „kurs galopem” i udaliśmy się w stronę granicy. Ponieważ ja jestem zasadniczo inny niż Leszek, stąd powstały wątpliwości co do zasady przekroczenia granicy, a więc od początku. W bagażach mamy przygotowane flagi Meksyku na nasze maszciki. Z punktu widzenia Leszka nie było innej możliwości jak wjechać do nowego państwa. Badałem grunt, czyli zapytałem oficera imigracyjnego, czy nasza wiza upoważnia do powrotnego przekroczenia granicy oraz generalnie, jak jest. Uśmiech na twarzy oficerów pilnujących biednej Ameryki przed napastliwymi Meksykanami dał nam pewność, że musimy tam jechać.

Przekroczenie granicy do Mexicali, Kalifornia Dolna, Meksyk B=0-116°33’16.77” L=32°38’44.05” zajęło nam 5 minut. Wjazd powrotny w tym samym miejscu 2 godziny. Pobyt w tym mieście ograniczyliśmy do symbolicznej zmiany flag na masztach, zrobieniu szeregu zdjęć typowej architektury miasta i poszukiwaniu tzw pinów, jako pamiątki. Ponieważ czas popołudniowy był mało sprzyjającą okolicznością, więc niczego oprócz zdjęć i oczekiwania w słonecznym ukropie na przekroczenie granicy, nie „załatwiliśmy”. Powrót o tyle był nowym doświadczeniem, że „dotknęliśmy” folkloru tamtejszej społeczności. Po powrocie na amerykańskie drogi obraliśmy kierunek do granicy z Arizoną, czyli do Yumy.

Przyjazd do Motel 6, 1445 E 16th St, Yuma, Arizona 85365, Stany Zjednoczone B=0-115°23’47.28” L=32°41’54.43” to największa przyjemność, jaka nas tego dnia spotkała, bo mogliśmy rozpocząć odpoczynek z piwem w ręku przy motelowym basenie.

ETAP V – 30.05.2010: Yuma – Phoenix – Camp Verde

PER 1248km / 518km / 1766km

Spotkanie podróżnikiem Sochackim i góralami z Nowego Targu

Odcinek drogi do Phoenix to droga pustynna wśród pól kaktusów, wzdłuż torów kolejowych, po których mkną zestawy 4 spalinowych lokomotyw i ponad setki wagonów z kontenerami.
Generalnie ten odcinek dokładnie tak się właśnie przedstawiał na Google Earth, obserwowany przeze mnie przed wyjazdem. Phoenix nie było naszym celem głównym. GPS dokładnie nas naprowadził do Phoenix do Klubu Wagabundy, naszego rodaka, z którym spotkanie było już dawno umówione. Andrzej Sochacki, The Vagabond Center – Andrzej Sochacki, 3715 E Taylor St, Phoenix, Arizona 85008, Stany Zjednoczone B=0-113°59’54.92” L=33°27’10.17”,podróżnik, wielokrotnie okrążający glob różnymi środkami transportu zafascynował mnie głównie z powodu swoich pierwszych wojaży na Harley`u Sportsterze [polecam jego autorstwa " Poradnik trampingu turysty zmotoryzowanego"]. W necie opisy jego przygód są łatwo dostępne. Poświęcił nam kilka godzin na rozmowy, wspomnienia, porady i dyskusje o tematy tak różne, że trudno wymienić. Odniosłem wrażenie, że spotkanie nasze było jego drobną ucieczką od codzienności, której on doświadcza, a to jest głównie czas na zdobywanie kolejnych sponsorów na następne wyprawy.Osiągnięcia Andrzeja są imponujące. Polecamy lekturę jego osiągnięć. Ponieważ żar z nieba w Phoenix lał się niemiłosiernie, to chętnie odpoczęliśmy u niego, popijając co nieco z lodówki. Pożegnaliśmy się, robiąc zdjęcia przy jego kolejnym środku lokomocji z reklamami różnej maści. W ogrodzie ma tak słodkie grapefruity, że ich smak z utęsknieniem wspominam do dzisiaj. Sakwa pełna owoców i dalej w drogę.

Postanowiliśmy szukać lokum tak daleko, jak się da w kierunku Grand Canyon. Przed wyjazdem do Stanów przeglądałem różne fora podróżnicze i jedną z pozyskanych informacji był adres motelu, prowadzonego przez górali z Nowego Targu, jak było napisane, gdzieś w okolicy drogi 66. Ponieważ w naszym programie było odwiedzenie Montezuma Castle National Monument, Rimrock, Arizona 86335, StanyZjednoczone B=0-112°09’50.43” L=34°36’33.33”, więc skierowaliśmy się w okolice Camp Verde. Szukając tańszego rozwiązania na nocleg, wykonałem jako przewodnik stadka manewr objechania okolicy w poszukiwaniu czegoś, co jak się okazało, nie było do osiągnięcia (motel ze średniej lub niskiej półki). Przejechaliśmy ok. 30 mil, zamykając pętlę w miejscu wysokiego na 20m słupa reklamowego Motel 8, 1550 Hwy 260, Camp Verde, Arizona 86322, Stany Zjednoczone B=0-112°07’04.59” L=34°34’29.55”. Byliśmy zmęczeni i uznaliśmy, że dalej nie jedziemy. Wybór padł na ten właśnie motel, mimo że w niedalekiej odległości było parę innych równie drogich. Flagi na naszych „rumakach” i nasz język zdumiał siedzących przed motelem ludzi, głównie kobiety schowane w cieniu wejścia do jego wnętrza. Odbyło się serdeczne przywitanie jakbyśmy byli dawno oczekiwanymi gości z dalekiego kraju. I co się wówczas okazało? To pytali właśnie ci opisani powyżej górale z Nowego Targu. Krótka rozmowa z menadżerem w recepcji, Piotrem Fafrowiczem, dała w efekcie dogodne finansowo warunki pobytu. „Popełniliśmy” z nimi wspaniałą kolację z poczęstunkiem rzadko spotykanym w polskim towarzystwie na obczyźnie. Wszak byliśmy dla nich obcy. Przy okazji korzystaliśmy z łączności internetowej, by wysłać możliwe wiadomości do Rodzin. Pożegnanie następnego ranka było równie wspaniałe, co powitanie.

ETAP VI – 31.05.2010: Camp Verde – Sedona – Williams – Grand Canyon – Cameron

PER 1766km / 331km / 2097km

Kolejny „polski” hotel, czerwone „ciasteczka i torty” Sedony oraz wrażenia z pierwszego view na Grand Canyon.

Rano obraliśmy kierunek na zamek Montezumy. W biurze MC National Monument wykupiliśmy karnety z ważnością na cały rok ze wstępem do wszystkich tzw. narodowych parków i obszarów turystycznej aktywności. Karnety ważne dla dwóch motocyklistów, spłaciły się nam szybko i jest to dobre rozwiązanie na zaoszczędzenie niemałej ilości dolarów, jeśli w planie zwiedzania jest dużo parków, ale tylko narodowych, ponieważ w Stanach różnej maści parków jest bez liku. Montezuma jak Montezuma. Zaliczony.
Karnet zwrócił się nam już w następnym parku, czyli Grand Canyon. W Montezumie spotkaliśmy Indianina, przewodnika i obejrzeliśmy atrakcje dla zwiedzających. W związku z powyższym zrobiliśmy sobie z nim fotkę, odkrywając do zdjęcia nasze koszule z podobizną jego przodka.
Minę miał nietęgą zapewne z kilku powodów: wróg jego plemienia na naszych piersiach, a po drugie wszyscy Indianie się nie uśmiechają, przynajmniej do zdjęć. Stoi i czeka na kolejnych turystów.
Sedona, Arizona, Stany Zjednoczone B=0-112°14’20.44” L=34°52’11.06”to miejsce, w pobliżu którego w niewiarygodnie wyrazisty sposób rozłożone są czerwone (Red Rock`s) wyciągnięte do góry, plaskate „torty i ciasteczka”.
Spotkanie z Tedem (Tadeusz), kolejnym w okolicy Polakiem, właścicielem Motelu. Znajomy Fafrowskiego z Camp Verde. Na straganie w pobliżu Sedony kupiłem mojej Ivie serduszko od Meksykanki.

Po raz pierwszy w tej podróży wystąpił element nieporozumienia między nami. Leszek niewątpliwie podróżnik z większym doświadczeniem w swobodnym poruszaniu się po drogach, postanowił popróbować prawie wszystkich ciasteczek w okolicy i co chwilę się zatrzymywał na poboczu. Ja, Steffek, jego przeciwieństwo w prowadzeniu podróży, miałem trochę dość „słodkiego obszaru Sedony” i …….. w tym samym czasie, kiedy postanowiłem odpocząć i zjechać na parking, z którego Leszek mógłby wykonać mnóstwo ciekawych zdjęć (o czym on jeszcze nie wiedział), poczułem, że nie mogę wrzucić kolejnych biegów poza lekką 5ką i 6ką. Pomyślałem sobie, że Harley to jednak ………. I podróż może się opóźnić o kilka dni (czas na zamianę maszyny przez Eagle Rider). Zjechałem, lekko wku…. na całą sytuację na parking, nie wystawiając motocykla na skraju wjazdu, by Leszek mógł się orientować w sytuacji. Wzajemne poszukiwania trwały 5-10 minut, ale dobitnie nam pomogły nasze flagi na masztach, ponieważ one zwróciły uwagę życzliwych, Amerykanów, kierowców półciężarówki, którzy oznajmili mi o kierunku poruszania się towarzysza Leszka :) .Ten mój błąd, do czego się przyznaję, był jedynym jak się okazuje elementem napięcia między nami. Później wyjaśniliśmy sobie parę kwestii z tym związanych i było ok.
Dalsza droga w stronę GC NP. prowadziła wzdłuż Highwaya, obfitującego w tzw „wioski indiańskie” i mnogość stolików i bud z wyrobami charakterystycznymi dla lokalnych społeczności. Niezwykle barwne z wielką różnorodnością wyrobów….. tyle tylko, że po 200km i kilkudziesięciu takich punktach okazało się, że wszystkie napotkane i odwiedzone zawierały te same precjoza. Właściwie nasuwa się jedyne porównanie tych miejsc do znakomitych straganów występujących w Polsce wzdłuż zakopiańskich Krupówek. Cel wszak ten sam :) .

Szybko pognaliśmy w stronę Grnd Canyon NP. Przed wjazdem na jego teren (koszt na jednego 25usd) zalogowaliśmy się na kurs helikopterem Airport: Grand Canyon National Park (GCN), Tusayan, Arizona 86023, Stany Zjednoczone B=0-113°51’59.09” L=35°57’32.69”Miejsc ze startem helikopterem jest naprawdę wiele. Wybraliśmy ten, który był ….. pierwszy trafiony po drodze. Wydane 230usd na głowę nie złamało nas, ponieważ przeżycia są ogromne. Zanim jednak się wzbiliśmy w powietrze, pognaliśmy przez bramkę budki strażnika z naszym karnetem do krawędzi kanionu.South Rim, Grand Canyon, Arizona, Stany Zjednoczone B=0-113°51’22.93” L=36°03’30.73”

Żar z nieba, częściowo odziani w skóry dotarliśmy do krawędzi i co? Spojrzawszy po sobie zobaczyliśmy, jak nam się otwierają gęby i szczęka opada w dół. Po pierwsze z zachwytu, że to nie obraz z przekazu TV National Geographic, że to niesamowite i że ….. za chwilę będziemy się „na wiertolotie” nad nim unosić.

Zdjęcia, zdjęcia i zdjęcia.

Jadąc parę godzin później na wschód wzdłuż kanionu, podziwialiśmy nie tylko zachód słońca, piękno cienia i jeszcze oświetlonych dolin, ale również szybko zbliżający się zmierzch wraz ze wskazówkami paliwa bliskimi zeru. Na szczęście było też z góry, więc darliśmy byle szybko do najbliższej wiochy z noclegiem. W ostatniej chwili zatrzymaliśmy się przy opustoszałych straganach i przy ostatnich promieniach słońca chcieliśmy zrobić sobie ciekawe zdjątka, ale ….

Nagle zza jednego z wielu straganów wyłoniła się grupka ludzi, wyglądających na potomków czerwonoskórych i z ciekawością równą Tomka tego od Alfreda Szklarskiego, nawiązała się rozmowa, która owocuje kontaktami poczty elektronicznej do dzisiaj. Wymiana prezentów i obustronna ciekawość stron, z jakich się pochodzi daje powyższe efekty. Moja koszulka z Jackiem Danielsem i czapeczki Harleya zrobiły swoje i w rewanżu otrzymaliśmy wyroby w postaci ceramicznych żółwi :) . Zdjęcia zrobiliśmy już w trybie nocnym.

Do Cameron dojechaliśmy o ósmej wieczorem, ale ciemności były już prawie egipskie. Tankowanie i poszukiwania noclegu o tej porze na takim pustkowiu graniczyły prawie z cudem, więc za wygórowaną kwotę … niestety 90 dolców, rozlokowaliśmy nasze zwłoki w jedynym w okolicy hotelu CAMERON TRADING POST 466 Hwy 89 Cameron, AZ 86020 B=0-112°35’16.61” L=35°52’31.51”prowadzonym przez tzw „pure Indians”. Dopiero rano odbyła się nasza codzienna rozmówka o dniu poprzednim. O piwie wieczornym nie było mowy, ponieważ to obszar prohibicji.

Podobne artykuły:

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8

O steffek

Pochodzę z małej Bogatyni, a zamieszkuję i działam we Wrocławiu. Jestem pomysłodawcą, autorem www.dziennikimotocyklowe.com (www.diariosdemotocicleta.info) i koordynuję całość zawartych zagadnień na portalu. Więcej na stronie: KONTAKT.